Zwolnij bicie serca…
Chciałabym zacząć w końcu oddychać spokojnie. Wciąż muszę się gdzieś spieszyć, coś gonić, brak mi czasu i przede wszystkim chęci.
Miewam takie drobne, maleńkie chwile, kiedy jest spokojniej i ciszej. W małym mieszkanku, na ostatnim piętrze starej kamieniczki w samym centrum szaleńczo zabieganej (znajome?) Warszawy.
Wtedy jest ciepło, przytulnie, spokojnie i kojąco. Czeka tam na mnie piękny, czarno-biały kot, gorąca kawa i Ktoś, komu oddałam moje serce na własność.

Mój aparat powoli zarasta kurzem, muszę koniecznie coś z tym zrobić. To już tyle czasu od ostatniej własnej sesji…
Tęskno mi do letnich, ciepłych poranków, kiedy wstawanie o 5.15 to przyjemność. Bo już pachnie nagrzana słońcem trawa, czuć ją przez otwarte na oścież okno. Powietrze leniwie faluje, gorące na zmianę z chłodnym. Kiedy najchętniej chodziłoby się zupełnie nago, bo najcieńsza koszula katuje spocone ciało. Urodziłam się wtedy. W samym środku gorącego lata. 18 lipca o 7.45 rano.
I jak spoglądam za okno, to czar pryska.
Cholerny luty, cholerna zima, cholerne czapki i szaliki, cholerny zimowy dół. Taka pogoda przeciwstawia się mojej chęci istnienia, działania, czegokolwiek.
Smutno mi dzisiaj.
